• Wpisów:230
  • Średnio co: 9 dni
  • Ostatni wpis:324 dni temu
  • Licznik odwiedzin:62 125 / 2239 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Kiedyś, nawet nie pamiętam kiedy, napisałam coś oto takiego, ale nie pamiętam dlaczego, nigdy do tej pory tego nie opublikowałam. Tak było kiedyś, kilka miesięcy temu:

Krótko i na temat. Dziś jest środa. Od piątku jestem w ciągu. Obżarstwa. Co dzień mówię sobie, że to jest ten dzień. Że nie zmarnuję kolejnego dnia. Przecież uwielbiam czuć się lekko, atrakcyjnie. Chce mi się żyć. Chce mi się chcieć.

Potrafię żyć zdrowo przez coraz dłuższe okresy czasu. Niemal wegańska dieta. Roślinne posiłki. Praktycznie same warzywa. Potrafię wtedy chodzić na siłownię. Wchodzić do mieszkania po schodach, a nie jeździć windą. Potrafię znaleźć czas na uczelnię, gotowanie, siłownię, spotkania ze znajomymi, relaks. Wiem doskonale jak dobrze się wtedy czuję. Jak chce mi się żyć. Jak cieszą mnie małe rzeczy.

Jednak przychodzi taki dzień, kiedy uzależnienie daje o sobie znać. I nie jest to ochota na coś słodkiego. Jest to potworny ciąg. Gdy przestaję myśleć racjonalnie. Idę do sklepu, kupuję niezliczoną ilość słodyczy. Czasami też słonych przekąsek. Zdarza się, że już podczas powrotu do domu otwieram jakiegoś batonika. Po powrocie zamykam się w pokoju i jem. Jem do tego stopnia, że jest mi niedobrze. Zazwyczaj zjadam wszystko co kupiłam.

Nienawidzę wtedy siebie. Całego świata. Swojego ciała i tego, jak słaba jestem. Zaniedbuję wówczas praktycznie wszystkie swoje obowiązki. Na nic nie mam ochoty, ani siły. Jestem obolała, ospała. Leżę i oglądam zupełnie nieinteresujące mnie rzeczy w internecie. Chciałabym wówczas wymazać taki dzień z mojego życia. Chciałabym wrócić do poprzedniego dnia i nie popełnić tego samego błędu. Albo przespać kilka następnych dni. I obudzić się z innym nastawieniem. Z siłami i chęcią do życia.

Przecież nie chcę spędzić życia leżąc w łóżku i obżerając się. Chcę żyć.

Później przychodzi taki dzień, kiedy odzyskuję siły. Mój organizm nie ma już ochoty na słodycze. I z powrotem wracam do mojego zdrowego stylu życia. Po kilku dniach zaczynam czuć się ze sobą coraz lepiej. I wszystko wraca do normy.

Aktualnie leżę w łóżku. Bez słodyczy. Choć pochłonęłam ich dzisiaj nie mało. Było mi niedobrze. Bolał mnie żołądek. Nadal nie mam na nic siły. Chce mi się spać.

Chciałabym mieć na tyle sił, żeby wygrać z uzależnieniem. Wiem, że raczej nie uda mi się to bez specjalisty. Dlatego coraz poważniej myślę nad poszukaniem pomocy. Bo choć potrafię przez kilka miesięcy żyć, to za każdym razem przychodzi taki dzień, który ciągnie za sobą kolejne dni samozagłady.
 

 
I znów jest ten moment, gdy chciałabym coś napisać, ale sama nie wiem co konkretnie.

Zaliczyłam sesję zimową bez żadnych poprawek. Nie było to łatwe. Mnóstwo egzaminów, zaliczeń, projektów. Mam ogromną satysfakcję. Byłam na tydzień w rodzinnych stronach. Trochę się odstresowałam, odpoczęłam.

Ale wszystko co dobre szybko się kończy i semestr letni trwa pełną parą. Jest tyle rzeczy do zrobienia. Praca inżynierska, wybór promotora, certyfikat z angielskiego, praktyki zawodowe. To wszystko jest dla mnie wyzwaniem.

Dni są już zauważalnie dłuższe. Coraz częściej świeci słońce. Wielkimi krokami zbliżamy się wiosny. Kilka dni temu widziałam na trawniku pod blokiem przebiśniegi. Choć śniegu ani śladu. Każda mała oznaka wiosny sprawia mi ogromną radość. Śpiew ptaków, coraz bardziej zielona trawa, pierwsze kwiaty, coraz więcej promieni słońca ogrzewających nasze twarze.

Trudno mi dzisiaj napisać coś sensownego.

Nie dzieje się u mnie zbyt wiele. W kwestiach towarzyskich można uznać mnie za emerytkę. Trochę brakuje mi tych szalonych pląsów na parkiecie z piwem w jednej i papierosem w drugiej ręce. Tych powrotów dziennym autobusem. Zrywania róż z trawników.

Chociaż nie narzekam. Jestem w znacznie lepszej formie psychicznej. Fizycznie też wszystko idzie w dobrym kierunku. Zdrowo się odżywiam. Racjonalnie dysponuję budżetem. Dbam o siebie. Wysypiam się.

Wszystko w porządku. Niekiedy bywam samotna. Chciałabym mieć kogoś u mego boku. Kogoś mojego. Dla którego robiłabym niedzielne śniadania. Któremu parzyłabym kawę o poranku. Do którego przytulałabym się przed zaśnięciem.

Wiem, że miłość przychodzi z czasem. Niespodziewanie. Bez planowania. Bez szukania. Nic na siłę.

Jak już mówiłam, wszystko u mnie w porządku. Jestem zdrowa. Mam kochającą rodzinę. Studiuję. Dbam o siebie. Zmieniam się. Podążam w dobrym kierunku. Jestem wdzięczna za to co mam.


"I'm young and I love to be young. I'm free and I love to be free to live my life the way I want, to say and do whatever I please"
 

 
Wiem, że zdecydowanie za rzadko się tu udzielam. Tak naprawdę nic ciekawego się u mnie nie dzieje. Studia, projekty, egzaminy. Ale jest zdecydowanie lepiej. Po upadku, zarówno psychicznym, jak i fizycznym, podniosłam się. Od trzech tygodni jest dobrze. O wiele lepiej. Czuję się dobrze. Żeby nie powiedzieć znakomicie. Wróciłam na siłownię. Naprawdę podniosłam się z podłogi. Jest bardzo dobrze. Zdecydowanie pomógł mi brak czasu wolnego. Brak czasu na siedzenie i szukanie dziur. Brak czasu na użalanie się nad sobą. Na studiach idzie mi bardzo dobrze. Choć przede mną jeszcze 5 egzaminów, to jestem do nich pozytywnie nastawiona. Jestem pozytywnie nastawiona do ludzi. Do życia. W końcu.

Boję się tej euforii. Boję się, że nadejdzie jej koniec. I będzie tak, jak było. A przeszłam przez najgorszy, najtrudniejszy czas w moim życiu. Ale cieszę się, że wstałam. I idę. Idę przez życie tanecznym krokiem. Cieszę się pierdołami. Sprawiam, że ktoś się uśmiecha. Daję i dostaję trochę radości. Jest dobrze. Ale zmieniło się niemal wszystko. A głównie moje podejście. W końcu chce mi się chcieć. Chce mi się żyć. I tego życzę każdemu, kto przechodzi teraz przez taki moment życia, jak ten, który jest już za mną. Oddzielony grubą krechą. I mam nadzieję, że nigdy już nie wróci. Cieszcie się życiem. Żyjcie, żebyście byli tak szczęśliwi, jak to tylko możliwe. Działajcie. Nie popadajcie w nicość. Niczego nie udawajcie. Nie ukrywajcie siebie, swoich uczuć i emocji. Otwórzcie się na świat. Życie może być piękne. To zależy tylko od nas.
 

 
Wiesz co? Zdałam sobie sprawę, że czas przestać użalać się nad sobą. Nie mogę wiecznie rozpamiętywać. Wspominać. Muszę żyć. Muszę pędzić. Jestem tak spragniona życia. A nic nie wydarzy się samo. Muszę wstać i żyć. Na pewno upadnę jeszcze nie raz. Ale nie chcę zmarnować swojej szansy, swojego życia. Bojąc się upadków, nie robiąc nic... To tak, jakbym cały czas leżała. Nigdy się nie wzniosę, jeżeli nie wstanę i nie spróbuję. Nie warto tracić życia na egzystowanie. Pomimo upadków, warto żyć. Wznosić się. Ponad to wszystko. Ponad samego siebie. I rzucę tutaj oklepanym tekstem, ale ważne jak się podnosisz, a nie jak upadasz. Czas żyć... Czas się obudzić.

Mam sobie bardzo wiele do powiedzenia. Ale nie chcę rozpamiętywać tego, co było. Było gorzej. Było bardzo źle. Ale najważniejsze, że w porę zdałam sobie sprawę, że warto żyć. To by było na tyle... Cieszę się, że jestem tu gdzie jestem. Cieszę się, że żyję.
 

 
wystawiłam kilka rzeczy, więc gdyby ktoś był zainteresowany, to zapraszam:
http://allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=14593582
 

 
Całe życie do czegoś dążymy. Każdy ma inny cel. Czasami nawet nie jesteśmy w stanie go dostrzec, tym bardziej sprecyzować. Nasze cele się zmieniają. Lub też są stałe.

Na tym etapie mojego życia nie jestem do końca w stanie określić mojego celu. Dążę do szeroko pojętego szczęścia i spełnienia. Lecz z każdym dniem uświadamiam sobie coraz bardziej jak jest to odległe i nieosiągalne. Jest wręcz niemożliwe.

Wiem, że mam problemy. Z uczuciami. Myślami. Odżywianiem. Postrzeganiem siebie. Zbyt wygórowanymi oczekiwaniami zarówno względem siebie jak i innych. Na tyle wygórowanymi, że aż niemożliwymi do spełnienia. Na dzień dzisiejszy.

A szczęście trzeba gonić teraz. Nie na starość. Ważne jest, aby czuć się spełnionym tu i teraz. Poczucie spełnienia i szczęścia dziś, jutro i w każdym kolejnym dniu da nam te finalne osiągnięcie naszego celu. Dobrze przeżytego życia.

Moim ogromnym błędem, wynikającym między innymi z mojej chorej psychiki, jest zaniedbywanie tego co jest teraz. Jestem tak nieszczęśliwa, a nie zmieniam tego. Nie potrafię. Próbuję. i upadam z jeszcze większym smutkiem, żalem i rozczarowaniem.

Mam właśnie taką refleksję, że być może wymagam od siebie zbyt dużo. Chciałabym wszystko zmienić od razu. Wszystko mieć od razu. I nie jestem w stanie temu podołać.

Miewam poczucie spełnienia i radości. Ale złudne poczucie. Staram się to czuć. I te staranie paradoksalnie jeszcze bardziej mnie dołuje i unieszczęśliwia.

Nie potrafię wprowadzać zmian powoli. Stopniowo się zmieniać. Stawiam wszystko na jedną kartę. Co, jak łatwo się domyśleć, za każdym razem kończy się, kolokwialnie mówiąc, klapą.

Jednocześnie jeśli od siebie nie wymagam, mój stan wcale nie jest lepszy.

Zawsze wydaje mi się, że jeśli to i tamto będę robiła, to na pewno będę szczęśliwa i usatysfakcjonowana. Częstokroć tak jest. Ale zawsze przychodzi ten moment, kiedy nie wytrzymuję. Wówczas nie robię żadnej z rzeczy, które uważam za przybliżające mnie do mojego wyimaginowanego idealnego życia. Po załamaniu znów próbuję i tu koło się zamyka. Wzloty i upadki. Bardzo wysokie uskrzydlające wzloty i bolesne upadki z ogromnym hukiem.

Rodzi się pytanie: skoro te wzloty są tak uskrzydlające i wspaniałe, to dlaczego się kończą? Dlaczego przerywam coś, co daje mi te chwilowe poczucie radości?

Szukam odpowiedzi.

Chciałabym się zmienić. Nie być idealna. Ale dążyć do najlepszej wersji mnie. Bez względu na to, co powiedzą inni. Bez względu na to, jacy będą inni. Chciałabym przestać porównywać się do innych. Bo nikt nie jest idealny. Ale każdy powinien dążyć do jak najbardziej zbliżonej do ideału wersji siebie. Zbliżonej do swojego własnego ideału. Nie do ogólnie przyjmowanych kanonów piękna, dobroci i wspaniałości.

Chciałabym czerpać jak najwięcej szczęścia z drobnych chwil. Stawać się coraz lepszym człowiekiem. Coraz bardziej pogodnym. Radosnym. Który nie będzie męczył się sam sobą i swoimi zbyt wysoko postawionymi poprzeczkami względem samego siebie.


"Every night I used to pray that I’d find my people and finally I did on the open road. We had nothing to lose, nothing to gain, nothing we desired anymore except to make our lives into a work of art. Live fast. Die young. Be wild. And have fun."
 

 
Nie wiem czy kiedykolwiek tu o tym pisałam. Nie pamiętam. Ale czas najwyższy spojrzeć prawdzie w oczy. Przyznać się. Przed samą sobą. Mam problemy z odżywianiem. I już nie daję sobie rady sama.

Mam poczucie, że moje życie to jeden wielki paradoks. Nie wiem czy to dobre słowo. Nic nie jest w stanie dać mi szczęścia. Nie wiem czy kiedykolwiek byłam szczęśliwa. I choć całe moje otoczenie temu sprzyja, to problem, który tkwi we mnie nie daje mi być szczęśliwą.

Jestem gruba. Już sama nie wiem w jakim stopniu. Powoli zatracam obraz samej siebie. Nie potrafię go właściwie odczytywać. Nie potrafię spojrzeć na siebie. I widzieć.

Bywają dni, tygodnie, miesiące, podczas których zdrowo się odżywiam. Łapię tak zwanego bakcyla. Czasami łapię go na tyle mocno, że prawie nie jem. Wmawiam sobie, że jem zdrowo chodząc cały dzień głodna. Są też takie dni, tygodnie, miesiące, kiedy pochłaniam ogromne ilości słodyczy. I zawsze bałam się to przyznać. Ale tak, objadam się. Do mdłości. Do bólu żołądka.

Zawsze byłam "większa". Podstawówka, gimnazjum, liceum, studia. Nienawidzę swojego ciała odkąd tylko pamiętam. Nie akceptuję go. Nie akceptuję siebie. Już pod koniec podstawówki zaczęło się moje objadanie. Pamiętam jak wracając ze szkoły kupowałam w sklepie wszystkie słodycze, na jakie miałam ochotę. Po czym zjadałam je szybko, gdy rodzice nie wrócili jeszcze z pracy. Tak zaczęły się moje małe rytuały. Wydawałam nawet kilkadziesiąt złotych dziennie. Miałam trochę swoich pieniędzy, trochę podbierałam rodzicom, trochę siostrze. Wiedziałam, że wszystko co robiłam, było złe. Jednak nie potrafiłam z tym wygrać.

Zaczęłam zostawać w domu sama, gdy reszta rodziny wyjeżdżała do babci. Od razu po ich wyjściu ubierałam się i pędziłam do sklepu. Moją mamę dziwiło jak mało z nimi jem. Dlaczego nigdy nie jestem głodna. Dlaczego tak często źle się czuję. Dlaczego mam mdłości. Dlaczego boli mnie żołądek.

Wszystkie papierki pakowałam do reklamówki, chowałam gdzieś w szafce i ukradkiem wyrzucałam do śmietnika przy bloku. Nigdy nie wyrzucałam papierków do kosza w domu. To chyba mówi samo za siebie.

Mama raz znalazła taką reklamówkę. Nie pamiętam dokładnie co się po tym działo. Ale najwidoczniej nic specjalnego. Chciałam to przemilczeć, ukryć, zaczekać aż wszyscy zapomną. Oczywiście nadal objadając się w samotności.

Trwało to bardzo długo. Na przemian diety i obżarstwo. Tak naprawdę trwało to odkąd tylko pamiętam.

Pod koniec pierwszego roku studiów przezwyciężyłam to wszystko. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Byłam radośniejsza. Cieszyłam się życiem. Potrafiłam widzieć wszystko w różowych okularach. Choć z perspektywy czasu wiem, że to nie było autentyczne. Wmawiałam sobie, że wszystko jest wspaniale. Bo kontrolowałam swój wygląd. Byłam z niego niemal zadowolona. Ale cały czas myślałam o jedzeniu. Nie o słodyczach. One wówczas nie były mi potrzebne. Nie miałam na nie ochoty. Jadłam naprawdę zdrowo. Lecz na jedzeniu skupiałam niemal całą swoją uwagę. Planowałam. Rozmyślałam. Liczyłam. Jedzenie. Jedzenie. Jedzenie.

Moja mydlana bańka pękła, gdy wróciłam na wakacje w rodzinne strony. Nie wytrzymałam. Zaczęłam podjadać. Jeść słodycze. Nie patrzeć na zdrową dietę. Jeść na zapas, bo oczywiście mówiłam sobie, że po wakacjach znów będę się zdrowo odżywiać. Będzie jak przedtem. Nie brakowało wyrzutów sumienia. I płakania po zjedzeniu czegokolwiek, co uznałam za niezdrowe.

I oto jestem w tym momencie. Staram się wrócić do mojej bańki. I wiem, że to nie może trwać wiecznie. Pragnę wrócić do tamtego momentu choć na chwilę. Poczuć to, co wtedy czułam. Mieć swoje złudzenie szczęścia. Mieć kontrolę. Chciałabym w końcu być szczęśliwa.

Ale póki co walczę sama za sobą. Tydzień chodzę głodna. Po czym kilka dni się objadam. Dzisiaj nie wytrzymałam. Poszłam do sklepu. Kupiłam masę słodyczy. Wróciłam i jadłam. Czy to dało mi szczęście? Nie. Ale wcześniej też nie byłam szczęśliwa.
 

 
Mamy dzisiaj bardzo nostalgiczną pochmurną niedzielę. Niedziela dzień cwela. Jak zawsze.

Dwa tygodnie na uczelni dość szybko zleciały. Nie mogę narzekać. Weekend zaczynam w czwartek o 11.30.

Wczoraj zmieniłam swoje zdjęcie w CV. Pierwszy krok zrobiony. Teraz pozostaje mi tylko je porozsyłać. Zdecydowanie do restauracji, kawiarni lub baru. Trochę zamarzyło mi się wczoraj pracować w jakiejś wysokiej klasy restauracji hotelowej.

Mieszkam z czterema chłopakami. Nawet podoba mi się to towarzystwo. Chociaż czasami brakuje mi tu kobiety. Żeby od tak pogadać o babskich pierdołach.

Muszę sobie jak najszybciej znaleźć tego męża. Potrzebuje go tu i teraz. Żeby teraz siedział przy mnie. Pił ze mną kawę. Słuchał "Downtown love". I mnie przytulił. Ot tak. Zwyczajnie.


"And it was fun, but I could never be the one for you. You're never happy, always looking 'round for something new, but it was unbelievable when I was fucking you thought that I was momentarily in love with you."
 

 
Mam dzisiaj urodziny. Dwudzieste. Czyli powinnam być w sile wieku. Najlepszej formie. Przeżywać niesamowite przygody. Sretetete.

Jestem sama w domu. Moi rodzice z siostrą są na weselu. A właściwie są już po poprawinach. Ja nie chciałam i nie mogłam pojechać, gdyż niedawno miałam wymrażane kurzajki pod piętą. Niesamowicie bolesna sprawa. Przez dwa tygodnie zupełnie nie chodziłam. Teraz powoli zaczynam się poruszać lewą stopą tylko na placach. Przez co mam niesamowite zakwasy w łydce. Co gorsza mam wymrożoną dopiero 1/3 moich kurzajek. Nie wiem co będzie dalej. Nie chcę powtarzać tego bólu. Nie chcę też mieć tego dziadostwa. Nie wiem co będzie.

Bardzo źle się czuję. Chyba kawa po godzinie 20 na pusty żołądek i sporo papierosów to nie był najlepszy pomysł. Pomimo leków jest mi bardzo niedobrze.

W ogóle dzisiaj jest jakiś krwawy superksiężyc w pełni. Ale nie wiem czy chce mi się czekać do 3 czy 4, żeby go zobaczyć. Może gdybym nie czuła się tak fatalnie...

Widziałam spadającą gwiazdę. Pomyślałam życzenie. Już nie pierwszy raz to samo. Może w końcu się spełni. Chciałabym wierzyć w takie magiczne rzeczy.

Właśnie w tym miejscu chcę złożyć sobie sama życzenia.
Mam nadzieję, że te symboliczne dwadzieścia lat przyniesie mi wiele radości, zmiany wyłącznie na lepsze.
Chciałabym znaleźć w końcu miłość. Taką prostą, bezinteresowną, czystą miłość. Kogoś, kto będzie przy mnie na dobre i na złe. Kto będzie obok mnie, gdy będę śpiewała, tańczyła, gotowała, spała. Kogoś, z kim będę mogła pomilczeć i porozmawiać, śmiać się i płakać. Kogoś, kto będzie mnie zaskakiwał śniadaniem do łóżka. Kto będzie mnie przytulał, gdy będę czuła się tak źle, jak dziś. Kogoś, do kogo będę mogła zadzwonić o każdej porze. Kto przyjdzie, gdy tylko będę go potrzebowała. Kogoś, kto będzie potrzebował mnie. kogoś, kto będzie za mną tęsknił. Kogoś, dla kogo będę idealna ze wszystkimi wadami. Kogoś, kto będzie mnie komplementował, gdy będę w szarym, rozciągniętym dresie. Kogoś, kto będzie chwalił moje przypalone naleśniki i owsiankę na wodzie bez smaku. Kogoś, kto po prostu będzie mnie kochał. I kogo ja będę kochać. Bezgranicznie. Pomimo wszystko. Za wszystko. Po prostu kochać.
Chciałabym znaleźć szczęście. Radość z życia. Radość z małych, zwykłych rzeczy. Codziennie budzić się z uśmiechem. Widzieć tylko pozytywne strony życia. Śmiać się cały czas. Dawać radość innym. Rozweselać ludzi wokół. Nieść pozytywne emocje. Dzielić się nimi.
Chciałabym być zadowolona z siebie. Spełniona. W końcu czuć się dobrze ze sobą. Ze swoim ciałem i duchem. Wyglądać tak, abym już zawsze chodziła z podniesioną głową i z uśmiechem od ucha do ucha. Zachowywać się najlepiej jak potrafię. Wybaczać. Mieć w sobie pokorę. Zrozumienie. Nie zazdrościć.
Chciałabym być zdrowa. Nie mieć tryliona małych chorób, ani jednej poważnej. Być silna. Pełna energii.
Chciałabym spędzać jak najwięcej czasu z pozytywnymi, serdecznymi, szczerymi ludźmi. Inspirować się nimi i inspirować ich. Dawać i dostawać.
Chciałbym eksplorować świat. Czerpać z życia garściami. Być ciekawa świata. Żądna przygód. Podróży. Przeżyć. Chciałbym widzieć piękno nawet w brzydocie. Szczęście nawet w nieszczęściu. Dobro we wszystkich ludziach.
Chciałabym zawsze mieć dobre relacje z ludźmi. Przyjaciółmi, wrogami, rodziną, nieznajomymi. Chciałabym nigdy nie doświadczyć samotności. Otaczać się niekoniecznie milionem ludzi, ale kilkoma szczerymi, prawdziwymi, moimi przyjaciółmi. Dzięki którym nie będę samotna. Nie będę czuła się samotna.
Chciałabym mieć odwagę przyznawać się do błędów. A zarazem popełniać ich coraz mniej. Pracować nad sobą. Stawać się lepszym człowiekiem. Każdego dnia. Lubić. i być lubianą. Kochać. i być kochaną.


"Don't let me drown, don't breathe alone, no kicks no pangs no broken bones. Never let me sink, always feel at home, no sticks no shanks and no stones. Never leave it too late, always enjoy the taste of the great great great grey world of hearts."
 

 
Mam dzisiaj urodziny. Dwudzieste. Czyli powinnam być w sile wieku. Najlepszej formie. Przeżywać niesamowite przygody. Sretetete.

Jestem sama w domu. Moi rodzice z siostrą są na weselu. A właściwie są już po poprawinach. Ja nie chciałam i nie mogłam pojechać, gdyż niedawno miałam wymrażane kurzajki pod piętą. Niesamowicie bolesna sprawa. Przez dwa tygodnie zupełnie nie chodziłam. Teraz powoli zaczynam się poruszać lewą stopą tylko na placach. Przez co mam niesamowite zakwasy w łydce. Co gorsza mam wymrożoną dopiero 1/3 moich kurzajek. Nie wiem co będzie dalej. Nie chcę powtarzać tego bólu. Nie chcę też mieć tego dziadostwa. Nie wiem co będzie.

Bardzo źle się czuję. Chyba kawa po godzinie 20 na pusty żołądek i sporo papierosów to nie był najlepszy pomysł. Pomimo leków jest mi bardzo niedobrze.

W ogóle dzisiaj jest jakiś krwawy superksiężyc w pełni. Ale nie wiem czy chce mi się czekać do 3 czy 4, żeby go zobaczyć. Może gdybym nie czuła się tak fatalnie...

Widziałam spadającą gwiazdę. Pomyślałam życzenie. Już nie pierwszy raz to samo. Może w końcu się spełni. Chciałabym wierzyć w takie magiczne rzeczy.

Właśnie w tym miejscu chcę złożyć sobie sama życzenia.
Mam nadzieję, że te symboliczne dwadzieścia lat przyniesie mi wiele radości, zmiany wyłącznie na lepsze.
Chciałabym znaleźć w końcu miłość. Taką prostą, bezinteresowną, czystą miłość. Kogoś, kto będzie przy mnie na dobre i na złe. Kto będzie obok mnie, gdy będę śpiewała, tańczyła, gotowała, spała. Kogoś, z kim będę mogła pomilczeć i porozmawiać, śmiać się i płakać. Kogoś, kto będzie mnie zaskakiwał śniadaniem do łóżka. Kto będzie mnie przytulał, gdy będę czuła się tak źle, jak dziś. Kogoś, do kogo będę mogła zadzwonić o każdej porze. Kto przyjdzie, gdy tylko będę go potrzebowała. Kogoś, kto będzie potrzebował mnie. kogoś, kto będzie za mną tęsknił. Kogoś, dla kogo będę idealna ze wszystkimi wadami. Kogoś, kto będzie mnie komplementował, gdy będę w szarym, rozciągniętym dresie. Kogoś, kto będzie chwalił moje przypalone naleśniki i owsiankę na wodzie bez smaku. Kogoś, kto po prostu będzie mnie kochał. I kogo ja będę kochać. Bezgranicznie. Pomimo wszystko. Za wszystko. Po prostu kochać.
Chciałabym znaleźć szczęście. Radość z życia. Radość z małych, zwykłych rzeczy. Codziennie budzić się z uśmiechem. Widzieć tylko pozytywne strony życia. Śmiać się cały czas. Dawać radość innym. Rozweselać ludzi wokół. Nieść pozytywne emocje. Dzielić się nimi.
Chciałabym być zadowolona z siebie. Spełniona. W końcu czuć się dobrze ze sobą. Ze swoim ciałem i duchem. Wyglądać tak, abym już zawsze chodziła z podniesioną głową i z uśmiechem od ucha do ucha. Zachowywać się najlepiej jak potrafię. Wybaczać. Mieć w sobie pokorę. Zrozumienie. Nie zazdrościć.
Chciałabym być zdrowa. Nie mieć tryliona małych chorób, ani jednej poważnej. Być silna. Pełna energii.
Chciałabym spędzać jak najwięcej czasu z pozytywnymi, serdecznymi, szczerymi ludźmi. Inspirować się nimi i inspirować ich. Dawać i dostawać.
Chciałbym eksplorować świat. Czerpać z życia garściami. Być ciekawa świata. Żądna przygód. Podróży. Przeżyć. Chciałbym widzieć piękno nawet w brzydocie. Szczęście nawet w nieszczęściu. Dobro we wszystkich ludziach.
Chciałabym zawsze mieć dobre relacje z ludźmi. Przyjaciółmi, wrogami, rodziną, nieznajomymi. Chciałabym nigdy nie doświadczyć samotności. Otaczać się niekoniecznie milionem ludzi, ale kilkoma szczerymi, prawdziwymi, moimi przyjaciółmi. Dzięki którym nie będę samotna. Nie będę czuła się samotna.
Chciałabym mieć odwagę przyznawać się do błędów. A zarazem popełniać ich coraz mniej. Pracować nad sobą. Stawać się lepszym człowiekiem. Każdego dnia. Lubić. i być lubianą. Kochać. i być kochaną.


"Don't let me drown, don't breathe alone, no kicks no pangs no broken bones. Never let me sink, always feel at home, no sticks no shanks and no stones. Never leave it too late, always enjoy the taste of the great great great grey world of hearts."
 

 
Mam dzisiaj urodziny. Dwudzieste. Czyli powinnam być w sile wieku. Najlepszej formie. Przeżywać niesamowite przygody. Sretetete.

Jestem sama w domu. Moi rodzice z siostrą są na weselu. A właściwie są już po poprawinach. Ja nie chciałam i nie mogłam pojechać, gdyż niedawno miałam wymrażane kurzajki pod piętą. Niesamowicie bolesna sprawa. Przez dwa tygodnie zupełnie nie chodziłam. Teraz powoli zaczynam się poruszać lewą stopą tylko na placach. Przez co mam niesamowite zakwasy w łydce. Co gorsza mam wymrożoną dopiero 1/3 moich kurzajek. Nie wiem co będzie dalej. Nie chcę powtarzać tego bólu. Nie chcę też mieć tego dziadostwa. Nie wiem co będzie.

Bardzo źle się czuję. Chyba kawa po godzinie 20 na pusty żołądek i sporo papierosów to nie był najlepszy pomysł. Pomimo leków jest mi bardzo niedobrze.

W ogóle dzisiaj jest jakiś krwawy superksiężyc w pełni. Ale nie wiem czy chce mi się czekać do 3 czy 4, żeby go zobaczyć. Może gdybym nie czuła się tak fatalnie...

Widziałam spadającą gwiazdę. Pomyślałam życzenie. Już nie pierwszy raz to samo. Może w końcu się spełni. Chciałabym wierzyć w takie magiczne rzeczy.

Właśnie w tym miejscu chcę złożyć sobie sama życzenia.
Mam nadzieję, że te symboliczne dwadzieścia lat przyniesie mi wiele radości, zmiany wyłącznie na lepsze.
Chciałabym znaleźć w końcu miłość. Taką prostą, bezinteresowną, czystą miłość. Kogoś, kto będzie przy mnie na dobre i na złe. Kto będzie obok mnie, gdy będę śpiewała, tańczyła, gotowała, spała. Kogoś, z kim będę mogła pomilczeć i porozmawiać, śmiać się i płakać. Kogoś, kto będzie mnie zaskakiwał śniadaniem do łóżka. Kto będzie mnie przytulał, gdy będę czuła się tak źle, jak dziś. Kogoś, do kogo będę mogła zadzwonić o każdej porze. Kto przyjdzie, gdy tylko będę go potrzebowała. Kogoś, kto będzie potrzebował mnie. kogoś, kto będzie za mną tęsknił. Kogoś, dla kogo będę idealna ze wszystkimi wadami. Kogoś, kto będzie mnie komplementował, gdy będę w szarym, rozciągniętym dresie. Kogoś, kto będzie chwalił moje przypalone naleśniki i owsiankę na wodzie bez smaku. Kogoś, kto po prostu będzie mnie kochał. I kogo ja będę kochać. Bezgranicznie. Pomimo wszystko. Za wszystko. Po prostu kochać.
Chciałabym znaleźć szczęście. Radość z życia. Radość z małych, zwykłych rzeczy. Codziennie budzić się z uśmiechem. Widzieć tylko pozytywne strony życia. Śmiać się cały czas. Dawać radość innym. Rozweselać ludzi wokół. Nieść pozytywne emocje. Dzielić się nimi.
Chciałabym być zadowolona z siebie. Spełniona. W końcu czuć się dobrze ze sobą. Ze swoim ciałem i duchem. Wyglądać tak, abym już zawsze chodziła z podniesioną głową i z uśmiechem od ucha do ucha. Zachowywać się najlepiej jak potrafię. Wybaczać. Mieć w sobie pokorę. Zrozumienie. Nie zazdrościć.
Chciałabym być zdrowa. Nie mieć tryliona małych chorób, ani jednej poważnej. Być silna. Pełna energii.
Chciałabym spędzać jak najwięcej czasu z pozytywnymi, serdecznymi, szczerymi ludźmi. Inspirować się nimi i inspirować ich. Dawać i dostawać.
Chciałbym eksplorować świat. Czerpać z życia garściami. Być ciekawa świata. Żądna przygód. Podróży. Przeżyć. Chciałbym widzieć piękno nawet w brzydocie. Szczęście nawet w nieszczęściu. Dobro we wszystkich ludziach.
Chciałabym zawsze mieć dobre relacje z ludźmi. Przyjaciółmi, wrogami, rodziną, nieznajomymi. Chciałabym nigdy nie doświadczyć samotności. Otaczać się niekoniecznie milionem ludzi, ale kilkoma szczerymi, prawdziwymi, moimi przyjaciółmi. Dzięki którym nie będę samotna. Nie będę czuła się samotna.
Chciałabym mieć odwagę przyznawać się do błędów. A zarazem popełniać ich coraz mniej. Pracować nad sobą. Stawać się lepszym człowiekiem. Każdego dnia. Lubić. i być lubianą. Kochać. i być kochaną.


"Don't let me drown, don't breathe alone, no kicks no pangs no broken bones. Never let me sink, always feel at home, no sticks no shanks and no stones. Never leave it too late, always enjoy the taste of the great great great grey world of hearts."
 

 
Mam dzisiaj urodziny. Dwudzieste. Czyli powinnam być w sile wieku. Najlepszej formie. Przeżywać niesamowite przygody. Sretetete.

Jestem sama w domu. Moi rodzice z siostrą są na weselu. A właściwie są już po poprawinach. Ja nie chciałam i nie mogłam pojechać, gdyż niedawno miałam wymrażane kurzajki pod piętą. Niesamowicie bolesna sprawa. Przez dwa tygodnie zupełnie nie chodziłam. Teraz powoli zaczynam się poruszać lewą stopą tylko na placach. Przez co mam niesamowite zakwasy w łydce. Co gorsza mam wymrożoną dopiero 1/3 moich kurzajek. Nie wiem co będzie dalej. Nie chcę powtarzać tego bólu. Nie chcę też mieć tego dziadostwa. Nie wiem co będzie.

Bardzo źle się czuję. Chyba kawa po godzinie 20 na pusty żołądek i sporo papierosów to nie był najlepszy pomysł. Pomimo leków jest mi bardzo niedobrze.

W ogóle dzisiaj jest jakiś krwawy superksiężyc w pełni. Ale nie wiem czy chce mi się czekać do 3 czy 4, żeby go zobaczyć. Może gdybym nie czuła się tak fatalnie...

Widziałam spadającą gwiazdę. Pomyślałam życzenie. Już nie pierwszy raz to samo. Może w końcu się spełni. Chciałabym wierzyć w takie magiczne rzeczy.

Właśnie w tym miejscu chcę złożyć sobie sama życzenia.
Mam nadzieję, że te symboliczne dwadzieścia lat przyniesie mi wiele radości, zmiany wyłącznie na lepsze.
Chciałabym znaleźć w końcu miłość. Taką prostą, bezinteresowną, czystą miłość. Kogoś, kto będzie przy mnie na dobre i na złe. Kto będzie obok mnie, gdy będę śpiewała, tańczyła, gotowała, spała. Kogoś, z kim będę mogła pomilczeć i porozmawiać, śmiać się i płakać. Kogoś, kto będzie mnie zaskakiwał śniadaniem do łóżka. Kto będzie mnie przytulał, gdy będę czuła się tak źle, jak dziś. Kogoś, do kogo będę mogła zadzwonić o każdej porze. Kto przyjdzie, gdy tylko będę go potrzebowała. Kogoś, kto będzie potrzebował mnie. kogoś, kto będzie za mną tęsknił. Kogoś, dla kogo będę idealna ze wszystkimi wadami. Kogoś, kto będzie mnie komplementował, gdy będę w szarym, rozciągniętym dresie. Kogoś, kto będzie chwalił moje przypalone naleśniki i owsiankę na wodzie bez smaku. Kogoś, kto po prostu będzie mnie kochał. I kogo ja będę kochać. Bezgranicznie. Pomimo wszystko. Za wszystko. Po prostu kochać.
Chciałabym znaleźć szczęście. Radość z życia. Radość z małych, zwykłych rzeczy. Codziennie budzić się z uśmiechem. Widzieć tylko pozytywne strony życia. Śmiać się cały czas. Dawać radość innym. Rozweselać ludzi wokół. Nieść pozytywne emocje. Dzielić się nimi.
Chciałabym być zadowolona z siebie. Spełniona. W końcu czuć się dobrze ze sobą. Ze swoim ciałem i duchem. Wyglądać tak, abym już zawsze chodziła z podniesioną głową i z uśmiechem od ucha do ucha. Zachowywać się najlepiej jak potrafię. Wybaczać. Mieć w sobie pokorę. Zrozumienie. Nie zazdrościć.
Chciałabym być zdrowa. Nie mieć tryliona małych chorób, ani jednej poważnej. Być silna. Pełna energii.
Chciałabym spędzać jak najwięcej czasu z pozytywnymi, serdecznymi, szczerymi ludźmi. Inspirować się nimi i inspirować ich. Dawać i dostawać.
Chciałbym eksplorować świat. Czerpać z życia garściami. Być ciekawa świata. Żądna przygód. Podróży. Przeżyć. Chciałbym widzieć piękno nawet w brzydocie. Szczęście nawet w nieszczęściu. Dobro we wszystkich ludziach.
Chciałabym zawsze mieć dobre relacje z ludźmi. Przyjaciółmi, wrogami, rodziną, nieznajomymi. Chciałabym nigdy nie doświadczyć samotności. Otaczać się niekoniecznie milionem ludzi, ale kilkoma szczerymi, prawdziwymi, moimi przyjaciółmi. Dzięki którym nie będę samotna. Nie będę czuła się samotna.
Chciałabym mieć odwagę przyznawać się do błędów. A zarazem popełniać ich coraz mniej. Pracować nad sobą. Stawać się lepszym człowiekiem. Każdego dnia. Lubić. i być lubianą. Kochać. i być kochaną.


"Don't let me drown, don't breathe alone, no kicks no pangs no broken bones. Never let me sink, always feel at home, no sticks no shanks and no stones. Never leave it too late, always enjoy the taste of the great great great grey world of hearts."
 

 
Karpacz już za mną. Było cudownie. Bardzo dużo chodzenia. Co uwielbiam. Majestatyczna Śnieżka, przepiękny krajobraz, wspaniali ludzie. Pogoda nie do końca dopisała, było zimno i deszczowo. Ale nic nie było w stanie zepsuć tego wyjazdu. Uwielbiam odwiedzać nowe miejsca. Poznawać nowe zakątki świata. Polski.

Jutro przywitam Sanok. Po drodze zatrzymam się na kilka godzin w pięknym Krakowie, którego już bardzo dawno nie odwiedzałam. Podczas wyjazdu będę również po raz pierwszy we Lwowie, o którym słyszałam wiele dobrego. Pogoda zapowiada się fantastycznie. Nawet do 27 stopni. Mam ogromne oczekiwania względem tego wyjazdu.

W międzyczasie wyprowadzam się z mojego obecnego mieszkania w Poznaniu. Lipiec zamierzam poświęcić na odpoczynek w domu, a w sierpniu zaczynam poszukiwania mieszkania i pracy w Poznaniu.

Ten rok minął niezauważalnie. Może nie był najlepszym, ale będę wspominać go z uśmiechem. Był początkiem czegoś nowego. Dorosłości. Niezależności. Stawania na własne nogi. Wiele mnie nauczył. Po części ukształtował. Poznałam niesamowitych ludzi. Bądź co bądź był to dobry rok.

Nadal jem zdrowo. Myślę pozytywnie. Czuję się bardzo dobrze.


"Ain't nobody loves me better, makes me happy, makes me feel this way"
 

 
Jest cudownie. Pogoda przepiękna. Cieplutko, słonecznie. Wszyscy są uśmiechnięci, życzliwi, pozytywnie nastawieni. Ja z pewnością.

Ostatnio zmieniłam nastawienie do świata, życia. Cieszę się z drobiazgów. Patrzę na świat przez różowe okulary. I nie wiem jak, ale wszystko jest inne. Lepsze. Wszystko się układa.

Oczywiście miewam gorsze dni. Zwłaszcza wieczory. Ale był taki ostatnio tylko jeden.

Od około miesiąca zmieniłam swoje nawyki żywieniowe. I nie jest to żadne postanowienie bikini. Jak jedzenie zmienia samopoczucie. Niesamowite.

Poza tym zdałam wszystkie egzaminy w sesji letniej. Od dzisiaj mam wakacje. Mam co prawda jeszcze zajęcia terenowe. Karpacz, Sanok i Lwów. Ale to czysta przyjemność. Trochę podróży, które od tak dawna mi się marzą.

Jest cudownie.


"But the nights are long. Longing for you to come home. All around the wind blows. We would only hold on to let go."
 

 
http://allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=14593582

Ostatnio mam bzika na punkcie zdrowego odżywiania. Produktów bio, eko, superfood.

Zbliżam się do sesji letniej. Miałam dzisiaj zaliczenie z ćwiczeń. Jestem bardzo pozytywnie nastawiona. Pełna zapału i energii do działania.

W działaniu przeszkadza mi tylko stopa. A konkretnie miejsce, z którego miałam wczoraj usuwaną kurzajkę. Niby laserowo, bezboleśnie, bezkrwawo. Niby. Niby. Boli i krwawi. Pogoda zachęca do spacerów. A ja ledwo gramolę się po domu.

Ogólnie ostatnio jest lepiej. Może to przez wiosnę. Ładną pogodę. Ale i moje kontakty z Pawłem są w znacznie lepszym stanie. Nasza przyjaźń dalej się rozwija. Nie ginie.

Trochę smuci mnie fakt, że wkrótce będę musiała rozstać się z moimi współlokatorami. Nie tylko na wakacje. Prawdopodobnie współlokatorami już nie będziemy. Każdy pójdzie w swoją stronę. Prawdopodobnie. To przykre, bo bardzo zżyłam się z tymi ludźmi. Przez 8 miesięcy byli moją rodziną. To z nimi piłam poronną kawę, jadłam przypalone obiady, tańczyłam w kuchni przy rytmach radia, dzieliłam z nimi niemal każdą chwilę. Mam nadzieję, że nasze znajomości będą trwały.

Oh, na Spring Break'u było prześwietnie. Za rok na pewno to powtórzę.

Moja babcia umarła. 4 maja. W sierpniu dowiedziała się, że ma nowotwór złośliwy. W maju umarła. W wieku 67 lat. To zdecydowanie za wcześnie na śmierć. Najlepszą decyzją w moim życiu było pojechanie do domu na majówkę i odwiedzanie babci w szpitalu w Jej ostatnich dniach. Nie darowałabym sobie, gdybym pojechała wówczas do Berlina czy Trójmiasta. Może i bawiłabym się lepiej, ale już nigdy nie zobaczyłabym się z babcią. To była najlepsza decyzja w moim życiu. W niedzielę popołudniu się z Nią pożegnałam. W poniedziałek wcześnie rano zmarła. Pamiętajmy o profilaktyce, badaniu się, zdrowym trybie życia i dbaniu o siebie.

Niby już minęło trochę czasu. Powinno być lepiej. Ale boli. Tak samo jak wcześniej. Śmierć bliskiej osoby bardzo boli. Jak nic innego. Żadna samotność tak nie boli...

Wydawało mi się, że nie mam nic do napisania. Jednak miałam. Zadziwiające jak wiele może się wydarzyć przez miesiąc.


"Keep silent, words won't fix a thing - it's what I feel, not what I think of you. Don't try to hold me back. I beg you get on with your life. You lost me everyday, every night one by one"
 

 
Piękną mamy pogodę. Wczoraj miałam dzień wolny. Posprzątałam w pokoju. Umyłam okna. Wyprałam firany. Dywan. Byłam na niesamowicie długim spacerze. Sama. Moje pseudowygodne buty mnie obtarły.

Wkrótce Spring Break. Zaczynam się trochę obawiać.

Zachciało mi się kalendarza. Ściągnęłam jakiś program. I zawirusowałam sobie laptopa. Brawo ja.

Jestem sama. Znów. Mój największy strach się urzeczywistnia. Z każdym dniem jestem coraz bardziej samotna. Czuję, że straciłam to, co trzymało mnie przy życiu. Tu. Nie ma już nas.

Nie rozumiem tego co się dzieje. Nie akceptuję tego.

Nie chcę, żeby tak było.


"Tough girl, I'm in pain. It's lonely at the top, black outs and airplanes. And I still pour you a glass of champagne. Tough girl whose soul aches"
 

 
Za miesiąc idę na festiwal Spring Break. Years& Years. Mela Koteluk.

Byłam wczoraj na imprezie. Było bardzo sympatycznie. Szymon. Strażak.

Tydzień temu spotkałam się z Pawłem. Napisał mi bardzo znaczącą wiadomość. Spotkaliśmy się. I nic. Przez cały weekend bardzo źle się czułam. Nie mogłam pozbierać myśli. Bardzo dużo płakałam. Ta znajomość mi nie służy. Takie widywanie się od czasu do czasu. Albo jest, albo go nie ma.

Ostatnio zaczęłam tworzyć. Rysunki, kolaże. Po prostu sprawia mi to frajdę.

Trochę stęskniłam się za Alanem. Jego eukaliptusowym smakiem.

Jestem samotna. Jak nigdy wcześniej.


"Zastanawiam się dlaczego ja i Ty nie daliśmy rady być razem, przecież dziś nie jest lepiej, nie jest dobrze. Może trzeba to przeczekać, ale nie wiem już czy to jest mądre"
 

 
Ściągnęłam dzisiaj hybrydy. Sama. W domu.

Piję drinka. Sama. W pokoju.

Jestem sama. Jak palec.

Jestem beznadziejna.


"Ze swojej drogi zejdę, będę z Tobą. Dokądkolwiek pójdziesz, cokolwiek zrobisz, będę z Tobą. Gdziekolwiek się zwrócisz, cokolwiek powiesz, będę z Tobą."
 

 
Zorganizowałyśmy wczoraj imprezę. Faszyn from raszyn. Było bardzo sympatycznie. Dobrze się bawiłam. Miło spędziłam czas.

Powoli przekonuję się do znajomości internetowych. Wszystko w granicach zdrowego rozsądku, ale dlaczego by nie spróbować?


http://allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=14593582


"You help me lose my mind and you bring me something I can't define. Help me lose my mind, make me wonder what I felt before. Keep biding my time, how much longer? Who've I been waiting for?"
 

 
Nie mogę znaleźć sobie miejsca. Niby wszystko jest w porządku. Ale czuję, że to nie to.

Zdałam sesję. Nadal studiuję. Rzuciłam pracę przez nieprzyjemną atmosferę. Żyję całkiem zdrowo. Tylko te papierosy...

Nie jest ani źle, ani dobrze.

Byłam w zeszły weekend u znajomych w Trójmieście. Było przecudownie.

Poznań był najgorszym wyborem w moim życiu.

Nic nie trwa wiecznie. Nawet przyjaźń.

Staram się. Robię wszystko co w mojej mocy.

By być szczęśliwą.

Ale samotnie można osiągnąć niewiele.

Zwłaszcza jeśli chodzi o osiągnięcie szczęścia...


http://allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=14593582


"I nikt nie zabroni nam żyć jak teraz, bo to ma dwie strony i w tej drugiej wersji nikt nie ma prawa zakazać umierać"
 

 
To były wspaniałe Święta. Miałam ogromne opory przed powrotem do Poznania. Ale wróciłam. I jestem.

W dzisiejszą sobotę zaskakuję produktywnością. Sprzątam, piorę, gotuję. Jestem z siebie bardzo zadowolona.

Nie mam najmniejszej ochoty iść ponownie do pracy. Byłam dwa razy. Atmosfera jakoś mnie nie przekonała. Dam jeszcze temu miejscu szansę, ale nie obiecuję sobie zbyt wiele. Nie chcę stracić zapału do mojego hobby przez jedną nieprzyjemną osobę.

Czasami boję się przyszłości. Boję się, że coś nie wyjdzie. Zostanę sama. Samotna. To chyba mój jedyny lęk. Niby błahy. A jednak ta myśl mnie trapi...


"Kiedy z serca płyną słowa, uderzają z wielką mocą, krążą blisko wśród nas ot tak, dając chętnym szczere złoto"
 

 
Trochę spraw się ostatnio wyjaśniło. Jest lepiej.

Mam świetnych współlokatorów, z którymi bardzo lubię spędzać czas.

Mam fajnego przyjaciela. Ostatnio sporo się między nami zmieniło, ale zawsze będzie dla mnie ważny. Oddaliliśmy się od siebie. Kiedyś dzięki niemu uwierzyłam, że przyjaźń między kobietą i mężczyzną jest możliwa. Teraz pokazał mi jak bardzo można kogoś kochać, a jednocześnie po prostu nie lubić.

Mam fajnych ludzi na studiach. Nawet same w sobie studia zaczynają mi się podobać.

Znalazłam pracę. W barze. Dziś mój pierwszy dzień. Ale wiem, że będzie dobrze. W końcu to moja pasja. Przyjemność.

Za kilka dni Święta Bożego Narodzenia. Powrót do domu. Do rodziny i dawnych znajomych. Nie mogę się już doczekać.

Powraca do mnie dawna chęć życia. Pasja. Radość z małych rzeczy. Trochę byłam zagubiona w nowym miejscu. Wszystko wraca do normy.


"W kawiarni i kinie pełno wolnych miejsc. Na mieście dziś deszcz. Pary kochanków w biegu mijają mnie. Przypadkiem ty też..."
 

 
Piszę tu głównie z nudów. I samotności. Pozornie wszystko jest dobrze. A naprawdę jestem strasznie samotna, znudzona i zagubiona. Uświadamiam to sobie coraz bardziej każdego dnia.

Nie mogę się doczekać nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia. Zaczęłam już myśleć o prezentach dla najbliższych. Ale jeszcze nic nie wymyśliłam. Sobie wybiorę coś funkcjonalnego. Sportowe buty, komplet bielizny z Triumpfa, perfumy lub coś takiego.

Nie mam pracy. Wysłałam CV w kilka miejsc, niestety nie otrzymałam odpowiedzi. Czuję się taka niepotrzebna i znudzona.

Chociaż w Święta sobie popracuję. Klub, w którym kiedyś pracowałam zostaje ponownie otwarty i mam tę przyjemność, że będę mogła pracować choć kilka dni. Nocy.

Ktoś ukradł mi moje ulubione buty. Nike free 5.0. Bardzo długo ich szukałam. Zostawiłam je w korytarzu, dzień później już ich nie było. Minął już miesiąc odkąd ich nie ma. Już straciłam nadzieję, że się odnajdą, więc czas zainwestować w jakieś nowe. Już mam jedne na oku. Ale szykuje mi się kolejny nieplanowany wydatek.

Zbieram się do zapisania na siłownię. Już nie mogę się doczekać. W końcu coś pozytywnego w moim szarym świecie.

Na studiach jakoś leci. Bez szału.

Mam potrzebę i ochotę zaangażowania w jakiś wolontariat. Chciałabym pomagać ludziom. Czuć się potrzebna.

Rozważam przygarnięcie jakiegoś zwierzaka. Kotka. Pieska.

Piszę tu dla siebie. Nikt nie musi się męczyć i tego czytać. To mój pamiętnik. Moje miejsce.


"They say, I'm too young to love you, I don't know what I need. They think, I don't understand the freedomland of the seventies"
 

 
W sumie nic się u mnie nie dzieje. Spokojnie sobie egzystuję.

Podczas pierwszego miesiąca w Poznaniu wydałam horrendalną sumę pieniędzy. Muszę nauczyć się rozsądnego wydawania. Oszczędności.

Czuję się tu trochę samotna. Coraz bardziej odczuwam brak kogoś bliskiego. Takiego bardzo bliskiego. Tylko mojego. Nigdy wcześniej nie brakowało mi kogoś takiego tak bardzo. Może czas otworzyć się na nowe znajomości. Zacząć szukać bratniej duszy.

Trochę mi tu nudno.

Ale jestem już dużą dziewczynką i dam sobie radę.

Zaczynam szukać pracy. Wczoraj zaktualizowałam CV. Sporo się w nim zmieniło. Czuję, że w "mojej branży" będzie ciężko. Ale na początek nie będę wybrzydzać. Trzeba brać co jest, co daje nam życie.

Chciałabym w końcu schudnąć. A ostatnio zupełnie mi nie idzie. Chyba zajadam samotność i nudę.


"There’s nothing I want more. You and me in the heart of garden. Even if the rain will pour. In my arms you’ll find the shelter"
 

 
Coraz zimniej. Jesiennie. Trochę samotnie.

Brakuje mi bliskości. Takiej cielesnej.

Moje studia to kompletna pomyłka.

Trochę się zaniedbałam. Ale wszystko da się naprawić.

Wszystko przede mną.


"If we could only be quicker, and be quick to be kind. If we could only be faster, then we could outsmart time."
 

 
Za tydzień wyjeżdżam. Do Poznania. Wszystko staje się coraz bardziej realne.

Szkoda mi żegnać się z dotychczasowym życiem. Coraz bardziej się w nim odnajdywałam. Uwielbiam swoją pracę za barem. Polubiłam swoje małe rodzinne miasteczko. Szkoda mi opuszczać rodzinę. Szkoda rozstawać się ze znajomymi.

Z drugiej strony już nie mogę się doczekać zmiany otoczenia. Nowych znajomości. Nowej pracy. Wszystkiego nowego.

***************

Byłam wczoraj na 30tych urodzinach mojej koleżanki z pracy. Było bardzo sympatycznie.

***************

Tydzień temu byłam w Poznaniu po raz pierwszy. Miasto jak miasto. Moje nowe miasto. Spędziłam tam niezapomniane chwile. Długo będę wspominać ten wyjazd.

Nie zmienia się u mnie nic poza wszystkim.

***************

Miałam dodać ten post wcześniej, ale blog mi nie działał.

Ten wpis był znacznie dłuższy.

W Poznaniu już się zadomowiłam. Nowe miejsca. Nowi znajomi. Jest mi tu dobrze.

Studia nudne.

Miałam ostatnio urodziny. Impreza tak na 2+.


"There's a love between us still but something's changed and I don't know why. And all I want to do is go home with you but I know I'm out of my mind."
 

 
Dostałam się na studia. Wkrótce przeprowadzam się do Poznania. Czas zacząć dorosłe życie.

Ostatnio się zaniedbałam. Ale już wracam do siebie.

Dziś jest jeden z tych smutnych dni.

Mam problem z poceniem się dłoni.

Miałam tyle do napisania. Ale nie napiszę już nic więcej.


"I'm gonna swing from the chandelier. I'm gonna live like tomorrow doesn't exist. I'm gonna fly like a bird through the night. Feel my tears as they dry. I'm gonna swing from the chandelier, from the chandelier"
 

 
Moim głównym zajęciem jest praca. Czasami wychodzę wieczorami ze znajomymi. Na piwo. Albo tylko porozmawiać.

Pasuje mi taki styl życia. Zabiegany. Zapracowany. Jestem cały czas zajęta. Nie mam czasu na głupoty. I rozmyślanie.

Planuję kupić sobie Birkenstocki. I nie tylko. Moja lista zakupów wciąż się powiększa.

Niesamowite jak zmienił mi się pogląd na świat. Już na nic nie patrzę tak, jak wcześniej.

Chyba zaczyna się coś nowego w moim życiu. Piotr. Ale spokojnie, to jeszcze nic pewnego.

W ostatniej chwili zapisałam się na studia. Nie wiem kiedy wyniki rekrutacji. Nie jest to dla mnie teraz najważniejsze. Za rok planuję przenieść się na architekturę. Moje odwieczne marzenie. Architektura.

Marzenia są po to, aby je spełniać. Do dzieła.

Jestem zadowolona z mojego życia. Z siebie.


"Chodźmy stąd i wyrzuty zostaw sobie na potem. Ja i ty zupełnie jak ty z nim u ciebie na sofie. Milcz, nie pytaj mnie o jutro, jutro, jak co dzień: obejrzysz sobie z nim film, weźmiesz gorącą kąpiel."
 

 
Pracuję. W restauracji&pubie i w supermarkecie.

Żyję zdrowo.

Czuję się spełniona.

Ostatnio był dzień ojca. Zrobiłam ciasto z suszoną żurawiną i białą czekoladą. Było pyszne.

Wygrałam bilety do kina.

**********

Miałam dwa dni wolnego. Spontanicznie pojechałam do Torunia. Mogłabym tam mieszkać. Spodobało mi się to miasto. I ludzie, których w nim poznałam.

Byłam asertywna, ale i tak granica została przekroczona. Granica ma na imię Filip.

Lubię, gdy wszyscy mnie pożądają.

Ale później przychodzi szara rzeczywistość. I wszystko jest takie, jakie było. Albo jeszcze gorsze.

Czuję się lepsza od innych. Czuję, że nikt na mnie nie zasługuje. Zwłaszcza moi przyjaciele.

Chcę jechać nad morze.


"Que d’espérance... Sur ce chemin en ton absence J'ai beau trimer, sans toi ma vie N'est qu'un décor qui brille, vide de sens"
 

 
Nad Morzem było cudownie. Jak zawsze.

Nareszcie znalazłam moje proste czarne Nike i klasyczny, elegancki zegarek.

http://allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=14593582


"I wish I could make it easy, easy to love me, love me, but still I reach, I find a way, I'm stuck here in between, I'm looking for the right words to say I'm slowly drifting, drifting away"
 

 
Jest dobrze. Jest mi dobrze.

Znów czuję się spełniona. Żyję na wysokich obrotach. Tak jak uwielbiam żyć.

Wieczorem impreza, a jutro prawdopodobnie jadę ze znajomymi nad Morze. Spontanicznie.

Muszę jak najszybciej znaleźć sobie pracę. Może jutro poroznoszę CV. Będzie dobrze. Coś znajdę.

http://allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=14593582


"My face above the water. My feet can't touch the ground, touch the ground and it feels like I can see the sands on the horizon. Everytime you are not around I'm slowly drifting away, drifting away. Wave after wave..."
 

 
Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. Przesadna szczerość też może zaszkodzić.

Wakacje w pełni. Czas znaleźć sobie pracę. Męczy mnie już tak mało produktywne spędzanie czasu. Miała być praca w Poznaniu. Miały być wakacje nad morzem. Tak, wszystko miało być. Dopóki rzeczywistość nie sprowadziła mnie na ziemię.

Dziś dzień matki. Posprzątałam dom, przygotowałam na obiad tagliatelle z kurczakiem, suszonymi pomidorami i bazylią, a na deser lody z dodatkami. Kupiłam mamie skromną białą różę. Bo najważniejszy jest czas spędzony razem. Rozmowa. Zwolnienie szalonego tempa. Udało się. Było bardzo sympatycznie.


"Ty leć, Ty leć, jaskółko leć. Odwołaj słowa, odwróć rzeczy bieg..."
 

 
Nigdy wcześniej nie doświadczyłam podobnego uczucia. Boję się tego, co przede mną. Boję się przyszłości. Nieznanego.

Uwielbiam pracować. Spędzać czas produktywnie. Nie znoszę bezczynności i lenistwa.

Męczy mnie fakt, iż nie wiem co chcę robić w przyszłości. Na jakie pójść studia. Co wybrać...


"You could put some joy upon my face. Oh, sunshine in an empty place. Take me to turn to and babe I'll make you stay."
 

 
Dzisiaj od rana byłam zmęczona. Po prostu pogoda nie nastraja zbyt pozytywnie. Zimno, mokro i ponuro. I znów jakoś choro wyglądam.

Poszukuję zwykłych, prostych, klasycznych, całych czarnych butów. Nike. Tak trudno znaleźć pozornie najprostsze rzeczy. Bez żadnych ciapek, plamek, ani wzorków.

Już czuję jak powraca mi energia i chęć do działania. Być może to przez ten jeden, mały promyczek słońca, który właśnie przebił się przez chmury.


"I've got my red dress on tonight. Dancing in the dark in the pale moonlight. Done my hair up real big beauty queen style. High heels off, I'm feeling alive. Oh, my God, I feel it in the air!"